Strony

Belize

Przekraczając granice między Meksykiem, a Belize w czerwcu 2017 roku myślałem, że zostanę w tym kraju nie dłużej niż tydzień. Plan był prosty. Pierwszy przystanek Orange Walk, miejscowość blisko granicy, gdzie miałem załatwiony nocleg dzięki CSowi. Dalej Belize City, odwiedziny polskiego kapitana, którego poznałem w Meksyku i kierunek na zachód w stronę gwatemalskiej granicy.




Plan udało się zrealizować i myślałem, że na tym zakończyła się moja przygoda z tym państwem. Jednak po kilkunastu dniach odezwał się do mnie kapitan i zaproponował mi posadę pierwszego oficera i kucharza na jego jachcie. W tym miejscu chciałabym wspomnieć, że tego ranka przeglądałem ceny lotów do Polski i postanowiłem, że wieczorem kupuję bilet powrotny. Jak łatwo się domyśleć plan ten zaniechałem skuszony zdobyciem gotówki, co automatycznie daje możliwość dalszego podróżowania.
Po kilkunastu dniach w czasie których między innymi odwiedziłem Salwador zameldowałem się na jachcie.


Odbyłem dwa rejsy trwające łącznie dwa tygodnie. W trakcie przerwy w pływaniu pomagałem przy pracach remontowych oraz szykowaniu łódki na kolejne dni na morzu.
Zajęcie to z upływem czasu wspominam coraz lepiej. To co było dla mnie najbardziej męczące to pełna gotowość do działania przez 16h na dobę. Do moich obowiązków należało przygotowywanie posiłków oraz prace pomocnicze z szorowaniem pokładu włącznie. Wspomnę tylko, że nigdy wcześniej nie gotowałem dla ludzi. Każdy dzień był nowym wyzwaniem i zmierzeniem się z nowymi przepisami. Obowiązki swoje mam wrażenie, że wypełniłem prawidłowo. Nikt nigdy nie narzekał na jakość serwowanych potraw i napiwki też otrzymałem bardziej niż zadowalające. Śmieję się z określenia “pierwszy oficer”, raczej bardziej do mnie pasowało “pierwszy i ostatni majtek na pokładzie”.





To co było dla mnie najważniejsze w trakcie całej tej przygody to możliwość odwiedzenia wysp na morzu karaibskim. Niestety zazwyczaj jest to opcja bardzo kosztowna, a ja mimo, że zarabiałem i nic nie wydawałem to zwiedzałem rajskie plaże, nurkowałem, łowiłem ryby i pływałem na kajaku.














Mimo ponownej propozycji pracy w kolejnym sezonie odmówiłem. Widoki, plaże można powiedzieć jak z żurnala. Jednak woda i morze to nie mój żywioł. Poza tym brak swobody. Tylko czasami była możliwość zejść na ląd w trakcie rejsu i nawet jak nic nie miałem do roboty, to cały czas musiałem przebywać z tymi samymi ludźmi na bardzo ograniczonej przestrzeni. Brak 100% wolności, a przecież to coś na czym mi tak bardzo zależy. Jak na pracę dorywczą na kilka tygodni, możliwość poznania czegoś nowego, zobaczenia nowych miejsc i przeżycia przygody było super, ale nie jest to coś co chciałbym robić dłużej.





Jednak mam nadzieję, że to nie koniec moich przygód z morzem i pewnego dnia wybiorę się na rejs najlepiej międzykontynentalny.