Strony

Wulkany

Jednym z celów odwiedzenia Ameryki Środkowej było zobaczenie wulkanów. Pierwszy dymiący wulkan mogłem z daleka podziwiać w Meksyku nieopodal miasta Colima, kolejny Popocatepeti kilkadziesiąt kilometrów od stolicy tego kraju. Apetyt rósł w miarę jedzenia. Chciałem zobaczyć erupcje, lawę i oczywiście podejść jak najbliżej się da. Poniżej historia mojego wejścia na wulkan Acatenango w Gwatemali i kilka zdjęć różnych wulkanów, które miałem okazję zobaczyć.


 Wulkan Popocatepeti.



7.06.2017
Alarm w telefonie obudził mnie o 5 rano w domu mojego hosta Carlosa w Gwatemala City. Zjadłem szybkie śniadanie, zabrałem plecak tylko z najpotrzebniejszymi rzeczami i ruszyłem na przystanek autobusowy. Zrezygnowałem z jazdy stopem tego dnia w celu zaoszczędzenia czasu i rozpoczęcia wędrówki możliwość jak najwcześniej. Po kilku chwilach nadjechał chicken bus, upewniłem się że jedzie w dobrym kierunku i zasiadłem w fotelu. Po kilkudziesięciu minutach podszedł do mnie pomocnik kierowcy i oznajmił, że jak chce dojechać w okolice wulkanu Acatenango to muszę teraz wyjść i złapać kolejny autobus. Mój host poinformował mnie, że tak to może wyglądać, niestety przy wsiadaniu do tego środka transportu nie masz 100% pewności, że dojedziesz do celu. Plus był taki, że byłem już daleko poza miastem i dlatego zdecydowałem się pokonać dalszą drogę autostopem. Po czterech podwózkach na pakach pickupów byłem w wiosce z której planowałem rozpocząć trekking.
Z tego co się dowiedziałem wcześniej jest możliwość wejścia i zejść z wulkanu tego samego dnia. Druga opcja z kolei zakłada nocowanie pod szczytem i oglądaniem wschodu słońca z samego krateru. Jasna sprawa, że zdecydowałem się na opcję z noclegiem. Najczęściej ludzie decydują się na wynajęcie przewodnika i uczestniczenie w zorganizowanej wyprawie. Mimo wielu ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem (zdarzają się napady rabunkowe na trasie oraz kilka miesięcy wcześniej na górze zmarło sześć osób na skutek wyziębienia), niedziałającego GPSu, braku mapy, jednak zachęcony przez Carlosa zdecydowałem się na samotną wędrówkę.
Trasa na początku wiodła przez pola, później przez dżunglę a na końcu krajobraz przypominał ten z księżyca. Pogoda również zmieniała się jak w kalejdoskopie. Był upał, deszcz, mgła z widocznością na kilka metrów, a w nocy i nad ranem temperatura bliska zeru.









Kilka razy nie byłem pewny czy obrałem właściwą ścieżkę, ale mówiłem sobie że skoro idzie pod górkę to znaczy, że jest wszystko w porządku. W trakcie drogi nie spotkałem, żadnego samotnego wędrowca. Kilka razy mijałem i byłem mijamy przez tą samą jedną grupę ludzi. W pewnym momencie owa grupa postanowiła odpocząć w tym samym miejscu co ja. Po kilku minutach rozmowy dowiedziałem się że są to klienci jednej agencji turystycznej. Zostałem również zaproszony do wspólnej wędrówki. Pomyślałem, że będzie raźniej i że nie będę miał problemu ze znalezieniem szlaku oraz miejsca na rozbicie namiotu. W sumie po sześciu godzinach drogi dotarliśmy na miejsce biwakowania. W siąpiącym deszczu rozbiłem namiot i nie pozostało nic innego jak czekać do czwartej nad ranem na dalszą drogę. Myślałem, że największą atrakcją będzie ognisko przygotowane dla grupy przez przewodników i kubek wina którym zostałem poczęstowany. Jednak po jakimś czasie mogłem podziwiać erupcja wulkanu zlokalizowanego kilka kilometrów dalej (wulkan na który ja wchodziłem był nieaktywny). Największe wrażenie zrobił już po zmroku kiedy można było zobaczyć wystrzeliwaną w powietrze ławę. Przez długie godziny wpatrywałem się w to niesamowite zjawisko.
Przed świtem pobudka i już bez żadnego obciążenia (namiot i plecak zostawiłem w miejscu noclegu) szybkim krokiem ruszyłem w kierunku szczytu. Co ciekawe mniej więcej połowa grupy nie zdecydowała się na dalszą drogę, było to skutkiem zbyt dużej ilości wypitego wina. Po około godzinie byłem na samej górze (3976 m n.p.m.). Niezapomniane chwile kiedy z jednej strony mogłem zobaczyć wschód słońca a z drugiej aktywny wulkan wyrzucający z siebie kłęby dymu. Jedynym minusem była niska temperatura i bardzo silny wiatr, dlatego po kilkunastu minutach zdecydowałem się na powrót. Po dotarciu do namiotu, zjedzeniu śniadania, bez najmniejszych problemów dostałem na dół do wioski z której 24 godziny wcześniej wyruszyłem.





Po kilku godzinach na namiocie można zobaczyć sporą ilość pyłu z pobliskiego wulkanu.
Z takim widokiem wszystko smakuje wyśmienicie.
Po złapaniu dwóch stopów dojechałem do bardzo urokliwego miasta Antiqua, gdzie byłem umówiony z Carlosem. Mój host to młody, niesamowicie odważny człowiek. Dzięki niemu miałem okazję zobaczyć też inne zakątki tego wspaniałego kraju, za co jestem niezmiernie wdzięczny.

Miasto Antiqua.
Wulkan Colima w Meksyku.
Wulkan Pacaya w Gwatemali. Te kamienie były gorące!

Wulkan Masaya w Nikaraguii.

Wulkan Irazu w Kostaryce. Nieaktywny, ale chciałem zobaczyć jezioro w kraterze.